piątek, 22 lipiec 2016 14:35

Księga Pozytywnych Wspomnień

Written by  Barbara Tomczuk
Rate this item
(0 votes)

Za mniej więcej osiem miesięcy będziemy obchodzili dwudziestą piątą rocznicę powstania S.P.O.N. „Szansa”. Ćwierć wieku! Tyle lat, a umknęły tak niepostrzeżenie, tak szybko. Ile zdarzeń nieubłagany czas wykreślił z naszej pamięci bezpowrotnie? A może coś spróbowalibyśmy ocalić... Powspominajmy razem. Stwórzmy „Księgę pozytywnych wspomnień”. Taaak!  Może przypomni nam się, jacy byliśmy dla siebie ważni. Być może wciąż jesteśmy...

 

„Szansa” jest dziś innym stowarzyszeniem. Nie gorszym, nie lepszym, po prostu innym. Ewoluowała jak wszystko wokół. Spróbujmy przypomnieć sobie, jak zaczynaliśmy, jak było przed piętnastu laty, przed dziesięciu, pięciu, a może wczoraj czy przed rokiem.

Zaczynamy:

Wągrowiec. Letni turnus rehabilitacyjny nad jeziorem Durowskim wspominam chyba najcieplej ze wszystkich szansowych wyjazdów. Popołudnie spędzamy nad wodą. Mnie i Andrzejowi nie wystarcza gapienie się na pływające w oddali łabędzie, na jakiś ruch nieokreślony na drugim brzegu, na falującą lekko wodę. Wypożyczamy kajak. Ja wsiadam do kajaka może czwarty raz w życiu (na jeziorze pierwszy), Andrzej jest kompletnym nowicjuszem. Rozumu wystarcza nam na tyle, by założyć kapoki. Półkolami i zygzakując jak pijana kaczka docieramy do środka jeziora. Wyczyn niewielki bo to zaledwie pół kilometra, za to pod nami głębia na szesnaście metrów. Zaczyna siąpić kapuśniaczek. Wracamy. I tu dopiero dajemy przedstawienie. Jako ta „bardziej doświadczona” siedzę na miejscu sternika, czyli z tyłu i próbuję wydawać komendy. Co ja „w prawo”, Andrzej robi skręt w lewo. I tak jakoś nijak proste płynięcie nam nie wychodzi. Kółeczkujemy na środku jeziora i kółeczkujemy. Raz nawet Andrzej tak mocno zanurzył w wodzie pióro wiosła, że wydało mi się, iż na tym wiośle kajak i my w nim zawiśniemy nad wodą jak flaga. W tym czasie Robert pojechał na górę do ośrodka i rzucił hasło „Chodźcie zobaczyć, jak Baśka z Andrzejem rozciągają kajak na środku jeziora”. No to się towarzystwo na brzegu zjawiło. A my kółeczko, półkole w lewo, w prawo półkole i znów kółeczko nieco większe. A kapuśniaczek już nam z grzywek i nosów siąpi większy niż z nieba. Pojawiła się mama Andrzeja, macha rękami, krzyczy, grozi pięścią. Chłopaka sparaliżowało, omal wiosła nie zgubił. Za to mój mózg z rozumem się wreszcie pogodził. Poprosiłam Andrzeja, by przestał wiosłować i powolutku, i równiutko dowiosłowałam nas do przystani. Nawet ani razu nie uderzyłam kajakiem o pomost. W ostatniej chwili. Do łódki wsiadał już mocno popędzany przez Tatianę ratownik, a to przecież nie honor. Do dziś siebie za to podziwiam, naprawdę nie wiem, jak mi się udało. Wypada mi tylko rzucić nowe hasło, że nie RedBull, a przerażenie matki (nawet cudzej) doda Ci skrzydeł.

Inny wyjazd z „Szansą”, inna woda, inny kajak, inny współpasażer, ale o tym innym razem...

To jak? Wybierzemy się na wspólną wycieczkę w przeszłość? Jeżeli ktoś chciałby opowiedzieć jakąś szansową historię, proszę, piszcie. A jeśli, ktoś nie jest pewny, czy uda mu się swoje wspomnienie opisać, chętnie służę pomocą. Zapraszam do biura, często tam teraz bywam. Zachęcam do wspomnień. Może nam wyjść coś niepowtarzalnego. Stara to przecież i oklepana prawda, że jeśli dziesięć osób opowiada tę samą historię, czytelnik przeczyta dziesięć różnych historii, bo każdy to samo zdarzenie zapamiętał inaczej. I nikt opowiadając nie skłamie. 

Read 3684 times Last modified on niedziela, 21 sierpień 2016 12:53